Dziennik
1-wszy maja 2010. Kołbacz i okolice.
Caluśki dzień wolny i jeszcze długi weekend wiec trzeba wyruszyć do Puszczy. Zaczynam planować. Mamy samochód wiec można podjechać gdzie dusza zapragnie i stamtąd zacząć wycieczkę. Plan jest taki: jedziemy do Kołbacza, zwiedzamy okolice co zajmie nam pół dnia (jest sporo w okolicy do zobaczenia) i przenosimy się do Glinnej i tam dalsza cześć.
Jak
było naprawdę dowiedzą się tylko Ci, który doczytają do
końca!
Wyjeżdżamy po 11. Przed Kołbaczem chcemy zajechać
do Jezierzyc gdyż tam pod Trygławem skarb geokeszowy mapy
pokazały.
Jezierzyce
Mijamy
Plonie i skręt w lewo do Jezierzyc. Krętym zawijaskiem mijamy
Plonie (tym razem rzekę) i dalej szukać dojazdu w pobliże
Trygława. Trzeba było jechać na stawy cysterskie i przed nimi
skręt w prawo. Na miejscu blady strach - ktoś ściął nasze
drzewo!

Po chwili okazało się ze 2 kroki dalej rośnie poszukiwany
Trygław cały i zdrowy.
Trochę dzióbania w ziemi i
skarb jest na powierzchni. Jest sporej wielkości bo zmieściły się
płyty cd i książeczka. Wymieniamy fanty. Ich troje i geokret
lądują w ziemi. Jest 12:30.

To udany początek wycieczki.
Czas
udać się do Kołbacza. Cofamy pojazd i dojeżdżamy do stawów
cysterskich. Całkiem - całkiem miejsce dla fanów wędkowania. I
teraz myślimy czy wracać do głównej drogi czy testować
zawieszenie Saaba. Wygrywa to drugie. Serce się kraja ze taki ładny
odcinek pokonujemy samochodem, ale plan to plan później będzie
czas na marszrutę, a przecież samochodu nie zostawimy. Powolutku
wiec dojeżdżamy piaszczysta droga do Rekowa - udało się. Piach
zamienia się na kocie łby a po kilometrze jest i asfalt. Uff
jesteśmy w Kołbaczu.
Kołbacz
Zatrzymujemy
auto pod Kościołem. Potężnym. Majestatycznym.

Jest to dawny Klasztor Cysterski z XIII wieku. Cystersi żyli tu według reguły Św. Benedykta: módl się i pracuj. Utrzymywali się z pracy własnych rak. Pobudka o 2 w nocy modlitwy i praca przez cały dzień aż do spoczynku o 20. Opactwo w Kołbaczu było prężnym ośrodkiem życia promieniującym na cale Pomorze. Tutaj zatrzymujemy się na dłużej, oglądamy i fotografujemy wspaniała świątynie. Z zewnątrz bo jest zamknięta, ale warto zaglądnąć do środka i zwiedzić wnętrze kościoła jak i pomieszczenia spichlerza. (Udało nam się to ale dopiero za kilka godzin kto doczyta do końca ten się dowie. Bo warto) Korci nas, żeby wejść do środka, ale jest dopiero 13 a msza dopiero wieczorem. Kościół zamknięty. Wtykamy tylko aparat w dziurę w drzwiach do ciemnego pomieszczenia i mamy widok na średniowieczne stropy.

Super. Oprócz Klasztoru warto
zwiedzić kompleks zabudowań klasztornych na południe od
kościoła.
Zegnamy się z Klasztorem. Przeparkowujemy samochód
kolo bloku obok innych aut, bo mamy zamiar pochodzić parę
godzin.
W Kołbaczu ślady osady słowiańskiej sięgają VII
wieku. Takim niesamowitym przykładem jest zachowane grodzisko z XIII
wieku które koniecznie trzeba odwiedzić bo jest to takie polskie
TreeHenge. 3 okręgi z drzew jeden w drugim. Zachowana fosa i
obwałowania. Czeka ta na nas geocache, dzięki któremu
dowiedzieliśmy się o miejscu. Zabieramy plecaki z jadłem i popitka
i ruszamy szukać śladów słowiańskich.

Przekraczamy mostek na
Płoni i zaraz za nim skręcamy w prawo w malowniczy trakt do grodu
wyznaczony przez drzewa posadzone po obu stronach. Ciągnie się on
ponad kilometr. Ptaki poleciały donieść do grodu o naszym rychłym
przybyciu.
Grodzisko

Stajemy
w środku kręgu. Wrażenie niesamowite. Wzrokowe i słuchowe bo z
pierścienia drzew słychać ptasi koncert. Wypatrujemy dzięciolą
na południu. Jest 14:00. Dla mnie pora na obiad. Jestem tak głodny
ze szukanie skrzynki zostawiamy na potem. Niestety nie ma gdzie
osiąść tak gęsta jest trawa w kręgu. Wychodzimy za gród na lakę
i tam zasiadamy na obiadek. Widok rozległy Akurat trafiliśmy na
widowisko: Polowanie drapieżnego myszołowa, a w trzcinach znad
jeziora Żelewko słychać charakterystyczny głos ptaka o nazwie
bąk. Po posiłku sięgam ręka do właściwego drzewa i znajdujemy
gumijagodę z hasłem do skrzynki. (Kto nie wie o czym teraz pisze
powinien poczytać o geocachingu.)
Go
East czyli Droga do Zelewa
Kolejny
punkt planu to Torpedownia na jeziorze Miedwie. W linii prostej to 3
km ale w linii prostej dojść się nie da. I ten właśnie punkt
programu spowoduje, że skończy nam się dzień i na właściwą
Puszczę Bukową nie starczy już nam czasu. A wyjeżdżając
śmieliśmy się, ze gdy panujemy wypad na 5 godzin to wychodzi cały
dzień, a dziś wypad miał być na cały dzień to wyjdą dwa wiec
trzeba wziąć dużo jedzenia. I.... Tak się stać faktycznie
miało.
Droga z grodziska do Zelewa jest przyjemna ale także
długa i monotonna zarazem.

Ładnie ponad godzinę. W Żelewie małe
zaskoczenie. To nie jakaś wioseczka zabita dechami, ale osiedle
willowe i domki jak pałacyki. Każdy oczywiście ma dostęp do
jeziora i jeno zazdrości mieliśmy okazje doświadczyć przez kawal
drogi szukając dostępu do jeziora, ale w końcu się udało znaleźć
kawałek brzegu. I stamtąd zrobiliśmy fajne ujęcia Miedwia jak i
pooglądaliśmy torpedowanie w oddali do której został jeszcze
ponad kilometr.



Idziemy dalej na północ ciekawi dlaczego
twórcy geokesza zalecają posiadanie jakiegoś sprzętu pływającego
kiedy z mapy i satelity wynika ze da się tam dojść sucha
stopa.
Idziemy ... trawa
Idziemy ... łąki
Idziemy
... Dawny sad
Idziemy ... Mur
Co ?
Mur betonowy i
taki ... Uporczywy.
Na mapie czegoś takiego to niema!
Trzeba
obejść ale nie bardzo jest jak.
Decydujemy się na zwrot w
lewo
Tym bardziej ze widać jakaś drogę.
Dochodzimy
do bramy
I zagadka się rozwiązuje
To czego nie bylo na mapie
to jednostka wojskowa nr 3132.
Miły ochroniarz przy bramie nas
uświadamia, że nie jesteśmy pierwszymi, którzy chcieli się tedy
do torpedowni dostać, ale ich nie wpuszczono. (Za to być może
pierwszymi na piechotę ;))
No tak wycieczka całkiem fajna z
tym ze mamy nasz cel na fotce z aparatu z zoomem x10 i tyle. Jest
godzina 18:00 a my mamy ponad 5 km do samochodu. Juhu pora wracać
nie ma co.

Ta sama droga? Nieee nuda idziemy do
Bielkowa i
stamtąd w kierunku wozu.

I tak to zrobiliśmy piękniusie
kółeczko o obwodzie 16 km.
Około 19:00 doczłapaliśmy
do Kołbacza i co koniec atrakcji na dziś? Nie!
Jesteśmy
wieczorem pod kościołem? Trzeba wejść do środka ... ba nawet do
dwóch środków..
Klasztor
cysterski od wewnątrz.
Stajemy
przed wejściem do kościoła za godzinę ma być msza. Za klamkę i
co? Zamknięte. Łee.

Na tablicy ogłoszeń jest numer
komórkowy do proboszcza i coś o galerii cysterskiej. A co tam
dzwonimy, najwyżej dowiemy się o terminach i tyle.
- Halo!
Stoimy pod kościołem czy można pozwiedzać?
- Tak,
chwileczkę!
Za chwilkę przychodzi Pan Radek Palus, który
opiekuje się galeria cysterska i oprowadza nas po wnętrzu kościoła,
a na deser najciekawsze: idziemy do drugiego wejścia zwiedzić dawny
spichlerz, który na pierwszym pietrze został zaadoptowany na
galerie gdzie maja miejsce wystawy oraz koncerty. Po chwili dołącza
Pani Małgosia i zauroczeni oglądamy wystawę w murach dawnego
spichlerza z XIII wieku. Zwiedzamy tez pozostałe kondygnacje aż po
sam dach kościoła. Ludzie nas oprowadzający są tak mili ze na
pewno tam wrodzimy na następna wystawę lub koncert. Wiadomości o
spichlerzu, w którym byliśmy można szukać na
stronie www.spichlerz-sztuki.pl.
Wpisujemy się do księgi pamiątkowej, a ja wpadam na pomysł aby
zostawić tam skrzynkę geocache i zachęcić do odwiezienia wnętrza
starego kościoła i poznania wyjątkowych ludzi.
I na tym
zaskoczymy wycieczkę 1-majowa.
Schodzimy na dół. Zegnamy
się z gospodarzami. Dzwony na wieży wybijają mszę o
20:00.
Wycieczka nie po puszczy, ale też piknie. Pora wracać.
